Moja lista blogów

sobota, sierpnia 20, 2016

Szczęście ze śrubką...

                             Wczoraj do południa byłam prawie szczęśliwa. Nareszcie przecież mój pokoik nad którym ostatnio pracowałam zaczął wyglądać tak jak chciałam i sobie to wydumałam. Złote rączki polaków od wszystkiego dały radę nic nie spieprzyć a nawet całkiem dobrze się spisali. Zostało tylko położenie listwy zamiast progu.
     Wydumałam sobie ,że skoro klejone  listwy w innych miejscach notorycznie mi się odklejają to teraz sobie nabędę takie na śrubki. Przykręci się i już - będą do usranej śmierci.  Się trzymać . Tak jak powinny..
   Złota rączka przyciął nic nie uszkadzając, zaznaczył sobie  gdzie ma nawiercać dziurki i przystąpił do pracy. Jedna dziurka poszła. Sprawnie.
Przyszłą koleżanka. Sprawdzić tok robót i mój nowy hobby kamer. Siedzimy sobie i klachamy a złota rączka wierci drugą dziurkę. Nagle krzyk ,przekleństwa - my patrzymy, a z podłogi wydobywa się fontanna, Żółta i ciepła fontanna. Tak gdzieś na pół metra wysoka.
  Wpadłam w histerię.  Nerwowe  poszukiwanie numeru  telefonu do spółdzielni. Wnerw totalny bo mnie się języki mieszały a pani już  chciała weekend zacząć. Udawała,że mnie nie rozumie (sama bym się nie rozumiała) w końcu mnie po przełączała do rożnych takich techników itp.  Była propozycja żebym zakręciła wodę a oni przyjdą w poniedziałek. Myślałam ,że mnie trafi  - wiecie, rozumicie... Uparłam się ,że żadnej wody zakręcać nie będę bo ta woda nie leci z rur wodnych do picia tylko z jakiejś rurki kaloryferowej, , bo ciepła i żółta. Rdzawa wręcz... I co robi w ogóle  jakaś rurka w progu ! I to do sypialni! I mają natychmiast przyjechać zanim zaleję sąsiadkę i jakieś inne nieszczęście się stanie  z całym budynkiem.  Na histeryzowałam się telefonicznie .W międzyczasie  poszły wszystkie największe ręczniki w ruch. Ratowany był laminat w przedpokoju i w sypialni . Gorączkowa latanina trwała. Pobiegłam  do sąsiadki na dole, żeby uprzedzić ,że zaraz będzie miała świeże malowanie. I tu doznałam nowego szoku. Bo tak ślicznie położonej podłogi to ja nie widziałam jeszcze jak ona ma. Co to za fachowcy jej robili!!  Złapał mnie podwójny nerw. Nie ,ja mam też w porządku ale nie tak perfekcyjnie! Słoje jej się wszystkie układały jak trzeba no po prostu perfekt. Ja jestem z mojej zadowolona ,naprawdę ,nie mam zastrzeżeń ale u niej uhm..I groziło mi, że ,ja to wszystko przez coś czego nie rozumiałam zniszczę i nowe wydatki będę mieć - nie dość, ze u mnie to jeszcze u niej...

      W międzyczasie fontanna  się zmniejszyła, mój zabytkowy ręcznik z cycatką poszedł ....W oczekiwaniu na monterów ze spółdzielni pracowicie walczyliśmy z wodą. Ja w duchu płakałam bo   woda podchodziła pod laminat i rysowała się perspektywa przede mną niezwykle kosztowna. A tak chciałam mieć ładnie.!
    W pewnym momencie zauważyliśmy, że wody tak jakby mniej. Złota rączka wsadził wiertło w dziurkę ,zatkał ją i woda przestała się lać  Proszę nie mieć skojarzeń ;)) Oddaliśmy się spokojnie czynności czekania na fachowców od rur wszelakich.


  W końcu przyjechał najpierw jeden monter. Młody,niezwykle flegmatyczny człowiek. Obejrzał, podumał, poszedł do samochodu po narzędzia.  Zaczął kuć . Musiałam wyjąć jeden na razie panel..Na całe szczęście mam jeszcze parę w zapasie... Całkiem flegmatycznie i spokojnie powolutku sobie kuł. Bynajmniej nie wysilał się za bardzo albowiem kujnął dwa razy i ukazała się rurka. Plastikowa, ładnie wybrzuszona, na cm pod powierzchnia podłogi.  Dziurka się też pokazała. A jakże.
    Teraz mam zrujnowaną podłogę w przedpokoju, mam nadzieję, tylko . Beton pod panelami schnie.
 Zachciało mi się to mam.. Nie pojadę na urlop. Bo będę musiała się wydatkować.... ech...Na nowe panele. I złote rączki.  I pilnować ich ,żeby mi nic nie wiercili w podłodze bo w tym papierowym domu nie wiadomo gdzie i od czego jaka  rurka przebiega..
Ta byłą od kaloryfera w łazience !!!

  Zdjęć na razie nie będzie. Może Dagmara coś narysuje?

poniedziałek, sierpnia 15, 2016

Ostatnie parę dni

     Były owocne . W nowe doświadczenia.
Berlin mi się tym razem wydał bardziej przyjazny niż innymi razy. Pełno młodych ludzi,bawiących  się ( bo przecież wakacje). W dzielnicy ,której przebywałam nie widziałam azylantów za to widziałam mnóstwo młodych ludzi udających artystów albo będących artystami.
Bo to niegdyś dzielnica artystów była. Teraz też niby jest ,ale coraz więcej się wprowadza artystów prominentnych do nowych albo ekskluzywnie odremontowanych starych kamienic...
 Dom mojej córki nie należy jeszcze do elity artystycznej więc niestety nie posiada ta kamienica windy co osobiście dla mnie jest   bardzo uciążliwe.  Przeżyłam jednak .

     Ostatnio po hobby telewizorowym (tak się składało,że wychodziło mi,że raz na rok jeden telewizor kupowałam) przeszło mi na hobby biurkowe. Tylko nie raz na rok - teraz mi wychodzi ,że co tydzień kupuję nowe biurko. Jedno dla mnie, jedno dla córki. Jak na razie ograniczyłam się do tych dwóch .Myślę,że na jakiś czas wystarczy :))
 
  Przy okazji zdobyłam nowe doświadczenia. A jakże  - komputerowe. Bo ja proszę państwa do Berlina jechałam jak w starych czasach kupując bilet na stacji. Z Berlina natomiast za namową córki postanowiłam zakupić bilet komputerowo. To jest możliwe. I tańsze. I wyglądało to tak,że ja otrzymałam czip,który skanował pan konduktor z mojego tabletu. Widziałam już wcześniej,że jest coś takiego możliwe ,obserwowałam innych pasażerów jak pokazywali smartfona albo tablet i pan konduktor coś tam przy nich majstrował. Sama jednak wolałam tradycyjny bilet.  I tu proszę - się odważyłam. Poszło bezboleśnie..I jaka oszczędność na kasie!!!
  Jeszcze trochę a będę całkiem współczesny człowiek. Ten taki z przyszłości..Jeszcze jak odzyskam rożne daty w moim lapku ,które na pewno gdzieś są tylko ja ich nie mogę znaleźć ,kurs niderlandzkiego za 250 zł mi wsiąkł a był bardzo dobry. I inne sprawy ,których mnie pracowicie Tetryk uczył z całą cierpliwością. I zagubione kontakty ze Skype. itp. ..chwilowo mi to szalenie utrudnia  komputerowe życie.

Nie mam czasu teraz  się tym zając bliżej. Bo przecież  postanowiłam wykończyć mieszkanie w/g zamysłu ,który miałam jak się wprowadzałam tutaj. Jutro mam malowanie mojego biurkowego pokoiku,który ma mi służyć za pokój bibliotekę,komputerowy i w porywach gościnny...
  Będę od jutra malować i układać klik-klak laminat. Czasu na komp nie mam a tu na grzyby trzeba itp też .Póki lato trwa ..I mam chęć..
 
   Bo ja przecież więcej ruszać się muszę...Dla mojego zdrowia podobno buhahah

   
 
 

środa, sierpnia 10, 2016

sobota, lipca 30, 2016

Wycieczka po najbliższej okolicy

             
           Było ładnie,w miarę słonecznie.  Postanowiłam pojeżdzić troszkę po okolicy.. Wyruszyłam  spod kościoła katolickiego:
                                                                         
Pojechałam w stornę granicy niemieckiej. Minęlam meczet . Przez chwilkę poczułam sie jak w Turcji. Pojechałam dalej  w stronę mojej wioski Hekenbosch. Dojechałam do granicy. Wjechałam już w słynny  tutaj Nationale Park De Meinweg. Dojechałam do włoskiej lodziarni. Tam mały przystanek -,koniecznie musiałam wprowadzić do organizmu  coś mokrego i zimnego. A włoskie lody to jest to!! Na przestrzeni 10 km   zrobiłam skok  mentalno religijny. Katolicyzm, Islam, by znów wrócić do jakże dobrze  mi znanej Europy..
Widać było mi mało atrakcji.   Zerknęłam przez  szybę a tam padok. I dziki zachód.
 Schłodzona, odpocznięta udałam się dalej w kierunku lasu . Było mi przecież mało atrakcji kulturowych. Postanowiłam odwiedzić Indie.
Na  dzień dobry w Instytucie Mahariszi przywitały mnie słonie:
słoń na bramie
 . Na teren ośrodką nie mogłam wejść jak kiedyś. Teraz stoi security i nie wpuszcza. Sa ponoć dni otwarte ale mi za bardzo nie zależy ,żeby słuchać umm,ummm i tam ichnią filozofie. Więc złoty pałacyk guru cyknęląm  zza drzew., pawilonik szkoleniowy czy tam coś udało mi się zrobić bez płota. Syta wrażen udałam się do parku chyba niegdyś na wzór i modłe francuską.. Posiedziałam w światyni dumania i udałam się w drogę powrotną  mijając po drodze znowu świetych katolickich. Dojechałam do granicy. Żdziebko zgłodniałam . Na granicy po lewej restauracja z bałkańską kuchnią, po drugiej chińczyk. Obie   dobre..Znaczy jedzonko dobre.
   Przy tym upale jednak zadowoliłam się drugą porcja lodów .
pawilon dumania
 Ruszyłam w drogę powrotnaą. Zobaczywszy meczet poczułam się jak w domu..
złoty pałacyk guru Maharischi

świątynia dumania

święci ,którzy założyli klasztor gdzie teraz jest  sekta Maharischi

granica

już po stronie niemieckiej po bałkańsku

i po chińsku
lodziarnia "Ti Amo" 
rodeo
już prawie w domu - turecki meczet

piątek, lipca 29, 2016

Kwiatki

              Jak sobie poradzić . Zniknęło mi wiele rzeczy z komputera, łącznie z  ortografem . Tzn on działa ale wybiórczo . Na bieżąco  wszystko mi podkreśla na czerwono po niderlandzku ale niech tam . Źle się pisze tak popodkreślanie.
  Tetryk mnie uczył zawzięcie jak się publikuje na Madagaskarze. No i proszę bardzo - Tetryk na urlopie , a ja nie mogę znaleźć w tym moim pokopanym lapku potrzebnych mi rzeczy. Uff. Straciłam kontakty skypowe . Do odtworzenia   - na razie jestem  leniwa. Zobaczę co ze zdjęciami .. I oto są - kwiatki na moim balkonie :
to nie kwiatek a roślina użytkowa :))


niekwitnąca lawenda - miała insekty odstraszać

to miał być niby jaśmin ,który miał mi pachnieć - nie pachnie przynajmniej nie jaśminowo

różyczka  biednie coś wygląda ale kwitnie 
za to ten bezimienny pnie się i bucha - w przyszłym roku cały balkon nim wysadzę.

-

poniedziałek, lipca 25, 2016

Wakacje

                     
              Prawie całe dzieciństwo i młodość spędziłam pod pieczą rodziców.  Żadnych kolonii,  żadnych obozów (chociaż harcerką byłam jakiś czas) żadnych biwaków.  Owszem - wakacje zawsze miałam zapewnione ale takie samodzielne, gdzie uczy się  żyć w grupie to nie...
    Jednego roku jednak ,bodajże w drugiej klasie LO puszczono mnie na obóz wędrowny.!!
    To były niewątpliwie wakacje zaliczone  do fajniejszych moich wspomnień z młodości.
 
 Grupa składała  z piętnastu dziewcząt i była pod opieką pani od matematyki i pani od geografii.

   Obie panie były mocno zaprzyjaźnione w szkole. Matematyczka była znana z wykańczania uczniów. Była wymagająca, złośliwa - legendy chodziły o jej zachowaniu i sposobach znęcania się nad uczniami . Każdy nowy rocznik miał coś do dodania i osobiste przeżycia "matematyczne" nazwijmy to. Ja też.
  Chodziłam do klasy i siedziałam w jednej ławce z kuzynką ,która na moje nieszczęście była piątkową uczennicą ,pracowitym kujonem i na nasze nieszczęście nosiłyśmy to samo nazwisko.
    Ze mną było różnie - miałam wzloty i upadki . Piątki z matematyki nie miałam nigdy.
  Było tak:
- P do tablicy -pada ze strony  pani nauczycielki.  My obie  wstajemy.
-Ta głupsza - mówi pani. Obie siadamy.
- Renata - mówię do ciebie... ooo!! tego mi było stanowczo za dużo . Oświadczyłam ,że absolutnie nie uważam się za głupszą.  Moje pysknięcie zaowocowało wyrzuceniem z klasy. Została mi wpisana nieobecność tudzież  zawiadomienie rodziców o moim nieodpowiednim zachowaniu.
 Z matematyką miałam przerąbane właściwie do matury.
  Geografka była o wiele  młodsza, bardzo wymagająca. Zwykle mówiła, że jej promotor od pracy dyplomowej umie na piątkę, ona na czwórkę a uczeń najwyżej zasługuje na trzy i tego się  trzymała
    Mojej kuzynce nawet raz - ku mojej uciesze  - udało się dostać dwóje.
Może to wredne uczucie ale przecież każdy uczeń chociaż raz powinien otrzymać dwóję nieprawdaż? Żeby tak bezboleśnie całą Szkołę przejść - tak nie można!!
 
  I tak  właśnie z tymi  najgroźniejszymi paniami profesorkami udałyśmy się w góry. Nasza trasa zaczynała się w Bielsku Białej.  Pierwsze potknięcie było w Szczyrku. Polazłyśmy na Szczytno i miałyśmy zejść  już do wsi na nocleg gdy nagle matematyczka zaparła się . Bo to zejście w/g wszelkich wskazówek zaczynało się od wejścia w górę. Ona chciała na skróty prosto w dół pomijając
 wszelkie szlaki.
    Panie obie kłóciły się długo i zażarcie.  Geografka stała na stanowisku ,że nie schodzi się ze szlaku i tyle ,matematyczka była uparta i jako ta starsza i robiąca za  szefową wędrowniczek postawiła na swoim. Zeszłyśmy ze szlaku, zabłądziłyśmy ,wylądowałyśmy  w jakimś wyrębie gdzie pnie  leżały
   jedne na drugich - droga była nie do przejścia. Na całe szczęście - jakiś góral się znalazł, przeprowadził nas jakimiś śmiesznymi drogami.  Zejście w dół kosztowało nas około 40-tu klm dodatkowo...
   Spałyśmy w wiejskich chatach ,w różnych schroniskach itp.
Zażyłość pań  prosorek jednak się pochrzaniła od czasu wiadomego  zejścia w dół..
  Prywatnie geografka na tym obozie okazała się  jednak niesamowicie fajną kobietą - taką do rany przyłóż.  Matematyczka pozostała bez zmian . Nie odkryłam w niej jakiś innych cech niż p .profesor ze szkoły.
   
    Młodość jednak ma swoje prawa. Gdybym teraz miała pokonywać taką trasę pewnie bym padła w przedbiegach a wtedy. Myłyśmy głowy pod rynną gdy padał deszcz. 
 Po przejściu po górach iluś tam klm. wylądowałyśmy np. . w Zawoi - najdłuższej wsi w Polsce wtedy podobno. Na jednym jej końcu. Musiałyśmy na nocleg przejść jeszcze cała wieś bo on był na drugim akuratnie końcu. Po drodze dowiedziałyśmy się , że jest jakaś młodzieżowa  potańcówka.
Mycie głów  w deszczówce. Wyciąganie z plecaków czegoś co nadaje się na tańce i jeszcze siedem klm do miejsca zdarzenia. Sama się do dzisiaj dziwię, że nam się chciało.

    Innym fajnym wspomnieniem to jedzenie u góralek.. Była taka wieś niegdyś- Kluszkowce. Teraz jest już zalana ale wtedy jeszcze  istniała .W schronisku w którym nocowałyśmy obiad był proszę ja was - do dzisiaj mam ten smak w ustach. Kwaśnicą to może byłam mało zachwycona ,zjadłam bo byłam głodna( ja nie przepadam za kwaśnym i kapustą)ale naleśniki proszę państwa - naleśniki z jagodami  - to był przebój ,to było to ..
    Na moje szczęście współkoleżanki nie zawsze miały te same smaki co ja. Szczęśliwie  -one kwaśnicę a ja naleśniki . Dziewczę nie ważące wtedy 50 klg pożarło  dwanaście sztuk.. Z powodów tychże naleśników pamiętam ,że istniała taka wieś jak Kluszkowce..
   
   Do dzisiaj wspominam tamtą wyprawę jako mój osobisty wyczyn,. Byłyśmy pod opieką nauczycielek ale w końcu z dala od czujnych oczu rodzicieli ,babć itp. Zmagałyśmy się z niemocą ,obtartymi nogami ,zmęczeniem ale i  radością jakie daje pokonanie własnej słabości . No i żywa radość z obcowaniem z naturą i górami tak na co dzień  - tak jakoś od środka.
      Ostatnim bastionem  naszych pieszych wędrówek był Nowy Sącz.
Dopiero tam wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy do Krakowa..
 
A nasze panie.? Po powrocie do domu ich przyjaźń została definitywnie zerwana. Obie wróciły do swoich obyczajów w nauczaniu . Obie dalej sypały dwójami jak z rękawa.. .
  Geografka jednak po roku zrezygnowała z uczenia w  naszym LO.
Została na placu boju matematyczka.  Dala się w znaki następnym rocznikom...
    Była to pani tak charakterystyczna ,że każde spotkanie byłych uczniów tegoż LO kończyło się na wspomnieniach o jej wyczynach.
     
    Ja też mam ją w pamięci . I panią geografkę również - obie miały przecież udział  w moich najfajniejszych wakacjach
  
       

sobota, lipca 16, 2016

Koniec roku szkolnego ...

           
                 Przedwczoraj i wczoraj byłam zajęta.

     Przedwczoraj był fest wszystkich vrijvillige w tym Moeder centrum. Oficjalne zakończenie  i podsumowanie pracy.  Fotoreporterzy z miejscowej gazety i podziękowania w kopertach poza belastungiem - żadne kokosy ale troszkę.
     Nasza  koordynatorka dostała kwiaty . Pojadłyśmy.Troszkę.
Na drugi dzień było oficjalne zakończenie roku szkolnego i rozdawane certyfikaty. Jestem posiadaczką tegoż..
    Cała przyjemność  i radość z udanej pól rocznej pracy odebrały mi poranne  wiadomości o wypadkach w Nicei. Pomyślałam sobie co ja tu robię właściwie. Bawię się na trupach. Panie bawiły się świetnie - te inne panie.
     Fou - Wietnamka śpiewała jakieś ichnie piosenki. Potem włączyły magnetofon i ruszyły w pląsy .Były w użyciu języki - wiecie jak to wygląda? Nie mogłam tego ani nagrać ani sfotografować bo  był tłum a nie wszystkie chciały być fotografowane - ja też nie albowiem bardzo fatalnie na zdjęciach wychodzę.
 Nawet oficjalny reporter musiał się wstrzymać. Potem było pamiątkowe zdjęcie na oficjalna stronę Moeder Centrum z tymi certyfikatami w ręku
     Siedziałam sobie w kąciku  i myślałam w duchu co one tak naprawdę myślą i jak to się ma do ostatnich wydarzeń. No może nie tak zupełnie w kąciku - przy moim stole siedziały: Sudanka, Egipcjanka, Chinka, Kosowianka,,Sri Lanka z uroczą córeczką ,Niemka i dwie Polki.
   
Przedwczoraj zaś byłam w towarzystwie dwóch Holenderek, Iranki podobno z rodu Sudaina,Bośniaczki  - przynajmniej te były bez chustek i piły wino ...
   
       Przyjechałam do domu jeszcze przejęta wypadkami w Nicei ,z niesmakiem  bo ani słowa nie było na ten temat w oficjalnych przemówieniach i co gorsza w prywatnych rozmowach. Kompletnie nic i to mi się nie podoba.
 
        Odsapnęłam troszkę i postanowiłam się na dziś niczym nie przejmować obejrzeć film jakiś a tu  - Nicea zbladła w komunikatorach  a wybiła się Turcja..
   
      Mam bardzo mieszane uczucia . Ja nie wiem jak się mam ustosunkować. Przecież sama jestem emigrantką. .Czy to dotychczasowe moje zaangażowanie ma sens?
        Dystans jest potrzebny
 Jak go zdobyć gdzie z każdej strony cóś.
       
   Nie  - nie boję się . Zakładam ,że nawet jeśli wybiorę się za róg do sklepu może się coś wydarzyć - spadnę z roweru , może coś wybuchnąc ,może mnie coś przejechać, może  jakiś w amoku wyskoczyć i to niekoniecznie kolorowy.
     Może mnie wreszcze jakiś piorun trafić bo te burze są  ciągle.
Więc albo się zamknąć w domu  gdzie mogę się pośliznąc na kafelku w łazience albo się zwyczajnie nie bać i żyć dalej w realiach ,które są.
     
      Bo nie ma spokojnego i bezpiecznego miejsca na świecie a jeśli jest to bardzo ryzykowną jest sprawą dostanie się do niego