Moja lista blogów

piątek, lipca 28, 2017

Moja prywatna wojna

        Zaczęło się niewinnie i bardzo sympatycznie.
 Kiedyś , jak składałam papiery na polską emeryturę był wymóg - polskie konto ,tudzież adres. W Polsce. Dostosowałam się - jak najbardziej.
 Przez te wszystkie lata ZUS potrącał mi składkę na ubezpieczenie zdrowotne. W ubiegłym roku, w październiku poszłam po rozum do głowy i postanowiłam ( tym bardziej, że straciłam polski adres) wszystko ujednolicić a szczególnie tę składkę na ZUS.
   W końcu przez tyle lat płaciłam podwójne składki  - i w Holandii ,gdzie się leczę i w Polsce gdzie szans na żadne leczenie raczej nie mam.
 W ZUS w Tychach wypełniłam mnóstwo formularzy, zaświadczenia z holenderskiej  CZ ,które miałam przy sobie nie chciano ,w sumie wydawało mi się ,że świat jest przyjazny , ZUS też i wszystko gra i buczy.
Po czym dostałam jedną emeryturę  powiększoną o zlikwidowaną składkę ZUS.

       Następnie dostałam pismo z komórki międzynarodowej ,w styczniu, że moja polska emerytura jest naliczona na tyle a tyle, na rękę dostanę tyle a tyle, ZUS wynosi tyle a tyle... Pismo przyszło na adres w Holandii. Nie na żaden mail, nie - na adres pocztowy, całkiem porządne pismo.
 
   W mojej duszy zagrało. Pisałam już o tym. Dowiedzenie się numeru telefonu - pomimo ,że są strony internetowe itp , tzw, kontakty itp  graniczyło prawie z cudem ale się udało. Odsyłana od ZUS do NFZ nareszcie dodzwoniłam się do właściwej komórki , gdzie pewna pani poinformowała mnie, że istnieje internet( jakbym nie wiedziała0 ,że wszystko można internetowo załatwić i ja durna uwierzyłam - widać przebywanie w normalnym kraju  mi na mózg padło i pomyślałam ,że w Polsce też jnormalnie już jest...
 
  Zaczęła się korespondencja mailowa. Pani zarządala zaświadczenia z CZ. Wysyłałam 3 razy. Przy okazji informując ją  dlaczego i po co płace ubezpieczenie zdrowotne w kraju zamieszkania.
    Jest prawie sierpień.
  Bez efektu.
   Dzisiaj , po kolejnej interwencji mailowej z mojej strony otrzymałam odpowiedź ,że w/g jakiś tam przepisów ( na żadanie mogę zeskanować i przedstawić)  po raz drugi (?) zwracają się z prośbą do CZ w Tilburgu adres taki i taki ,telefon taki i taki ( te dane zostały przeze mnie trzykrotnie wysłane do pani) z prośba o wyjaśnienie dlaczego ja właściwie płacę składki na ubezpieczenie zdrowotne w Holandii.
    Ręce i nogi mi opadły.
  Znają mój adres domowy ( ten w Holandii ) telefon domowy (ten w Holandii ) mam tyle i tyle lat i jest dokładnie wiadomo ,że tu mieszkam i żyje od 20 lat. I dalej jest odsyłanie z instytucji do instytucji.
  dziś już za póżno - w poniedziałek dzwonię do Tilburga by sprawdzić ,czy rzeczywiście jakiekolwiek pismo wpłynęło od naszego NFZ.
   Zwyczajnie - nie wierzę ,żeby holenderska instytucja odpowiedzialna za kontakty z zagranicą nie dała znaku życia przez 6 miesięcy.. Sprawdzę to na wszelki wypadek i jak moje podejrzenia się sprawdzą to ciekawe gdzie mam uderzyć ???
 Do ZZZ ,do prezydenta czy  do Jarka albo . Albo może do jego kota???


 

poniedziałek, lipca 10, 2017

Terażniejszość i czasy PRL

               A wszystko  z powodu Trumpa.
Piotr napisał coś na temat  wizyty Trumpa w Polsce. Pod jego wpisem rozgorzała dyskusja - a , że tam piszą przeważnie ludzie, którzy mają coś do powiedzenia, prezentują różne postawy itp itd.
Aż - przeze mnie szczerze muszę się przyznać dyskusja zeszła na na pewno nie przewidziane przez Piotra tory..
 Bo nagle zaczęło się mówić o czasach PRL. Gdzie większość dyskutantów przeżyła swoje młode lata i każdy wie jak było.

    Niniejszym wszem i wobec  odpowiadam rożnym panom.

   Postaram się jasno wytłumaczyć o co mi w gruncie rzeczy chodziło.

  Punkt pierwszy - nie uważam ,że w tamtych czasach wszystko było złe. Ogromnym wysiłkiem społeczeństwa podnoszono się z ruin wojennych .

  Były dostępne szkoły, przedszkola , żłobki.  Każdy ,kto tylko chciał mógł skorzystać z  kształcenia , mógł zdawać na wyższe uczelnie, mógł studiować wybrany kierunek. Trzeba tylko było chcieć.

    Dla ludzi ,którzy  nie pochodzili z inteligenckich  rodzin, ze wsi, z malutkich miasteczek i sioł były przyznawane punkty za pochodzenie...Tak się to nazywało ale to były punkty chyba za to ,że ten młody człowiek chce. W rodzinach tzw. inteligenckich z góry było wiadomo, że latorośl musi studiować i tyle.
    Skandalem było jak dziecko nie chciało studiować niczego ....te z rodziny inteligenckiej. Bo on chciał być np introligatorem..:))

   Ja to tak odczuwam. Tak to widzę.
   Poza tym determinacja władz, żeby każdy umiał pisać i czytać ,likwidacja analfabetyzmu ,zelektryzowanie kraju , pobudowanie różnych fabryk  - to moim zdaniem był sukces ówczesnej władzy..
  Budownictwo długo leżało ale ruszyło . Było coraz więcej mieszkań - fakt.  Coraz mniej kwaterunkowych a coraz więcej spółdzielczych i zakładowych....

    Tylko  z tymi mieszkaniami różnie bywało. Bardzo różnie bo bolączka tamtych czasów - korupcja, znajomości bez których nic niczego nie można było załatwić

  Czy ktoś to pamięta ,że w tamtych czasach ,żeby cokolwiek załatwić trzeba było być zaopatrzonym w kawę, koniak albo przynajmniej pralinki...Do jakiegokolwiek biura, urzędu nie szło się bez tych akcesorii.

  Do szpitala szło się z kopertą. Do urzędu miasta , do sekretarki dyrektora . Wiele spraw załatwiono opierając o bufet. A już naprawa jakiegoś urządzenia domowego ,zwykłej rury czy czegokolwiek graniczyło z cudem . Fachowcy wszelcy byli rozpuszczeni do granic wytrzymałości ludzkiej.. Bez piwa nie razbierosz...

  Te mieszkania później po 72 roku budowane miały dużo zalet ( bo przede wszystkim były) i tyleż mankamentów...
7m2  na jeden łeb w rodzinie...

  Nikt mi nie powie ,że był to luksus ,gdy czteroosobowa rodzina dostała po długim oczekiwaniu 40 m2. Dwa pokoje i kuchnia. To nie  są warunki do rozwoju - wybaczcie..
 
 Ja miałam 40- sto metrowe mieszkanie ,dwupokojowe mieszkając już potem tylko z córką. Moja sąsiadka, która nie miała tak dobrze jak ja mieszkała czteroosobową rodziną  w pokoju z wnęka i kuchnia....

   Nikt mi nie powie ,że mieszkanie ze ślepą kuchnią dwupokojowe spełniało jakiekolwiek standardy ...W tym jeden pokój ,gdzie jak się rozłożyło wersalkę  to tylko na tę wersalkę przez skok od drzwi można  było się dostać..bo juz na stopy obok wersalki nie było miejsca.

  Ludzie brali , mieszkali i wychowywali dzieci bo co innego mieli robić ?? Byli przecież szczęśliwi ,że mają własny dach nad głową po kilku latach oczekiwania.

    Co innego z partyjniakami. Ci mieli łatwiej ze wszystkim .I jak w rodzinie był jeden co to jakoś sobie stanowisko w partii wyrobił to pod niego była podwieszona cala rodzina i wszyscy dalsi i bliżsi znajomi.

  Chyba , że jakiś bezpartyjny ale za to fachowiec wysokiej klasy. Jemu też nie było źle pod warunkiem ,że był przynajmniej neutralny i aprobował stan rzeczywisty ..

      O to mi chodziło w moich wynurzeniach.
  Ze wtedy nie było ludzi głodnych?? byli, nie szukali po śmietnikach  co prawda ale radzili sobie w inny sposób...Nie zawsze legalny.

   Owszem była praca ale ta praca nie przynosiła dochodu narodowego. Osobiście w małym miasteczku pracowałam w zakładzie , który dla WZT w Warszawie robił gniazdka do telewizorów , i przetwornice do starych Trabantów. Pracowało w nim 60 kobiet, i 3 mężczyzn. Od samego początku się zastanawiałam po co taki zakład istnieje właściwie. Żeby dać zatrudnienie paru kobietom? Czy działaczom partyjnym nie wiem , bo ileż to po drogach w DDR jeździło starych trabantów. Bo nowe już nie potrzebowały przetwornic. I po co te gniazdka do tv w ilościach śmiesznych były transportowane samolotem z Katowic do Warszawy. Przecież ten transport kosztował więcej niż pensje pracownic. ...
   Owszem była praca ale sens tej pracy był moim skromnym zdaniem żadny... I sądzę ,że takich zakładów było więcej w Polsce  - nie tylko jeden wybryk w moim miasteczku.... Może miały inne profile ale  na pewno były podobne - nie wiadomo po co i dlaczego. Ale praca była....
I pomyśleć ,że zakład powstał na miejscu bardzo porządnego klubu młodzieżowego "Fafik"... Fafika zlikwidowano i tego potworka zrobiono...

   Poprzedni system zdemoralizował ludzi. Do dzisiaj pokutuje chciejstwo, znajomości i państwo musi dać...
  Nie musi moim zdaniem. To  od człowieka zalęzy ile ma inwencji i kreatywności. W tak podziwianej Ameryce pewien pan mi powiedział ,że w zasadzie każdy pracownik jakiejś firmy ma w zapasie inną pracę . W razie czego zwija manatki jedzie pracować na drugi koniec Stanów ,do innego stanu. Żaden problem...

     Będąc na emigracji nauczyłam się ,że nic nigdy nie jest dane na stałe. Życie każdego pracownika polega na ustawicznym szukaniu pracy albo lepszych warunków. Mieszkanie i dom nie są czynnikami , które uziemiają człowieka w jednym miejscu na stałe..

   I bardzo mnie wkurzył pewien komentator u Piotra, który powiedział , że pojechałam sobie do normalnego kraju i się mądrze.
   Pojechałam bo w końcu mogłam wyjechać  i mogłam wrócić. To nie był wyjazd w jedną stronę..
 Świadomość ,że zawsze mogę wrócić dodawała mi sił w oswajaniu nowej rzeczywistości.

    I z odległości widzę, że z gotowych ,dobrych wzorców się nie korzysta jak np rozwiązania w służbie zdrowia a za to ubija się człowieka ,który wiele dla tej służby zdrowia zrobił i robi dalej.

   Jednym słowem , na zakończenie  - z odległości widzę ,że najgorsze cechy Polaków są rozwijane a to co dobre i miłe siedzi sobie cichutko i nic nie mówi.  Bo mu ręce i nogi opadły...

   I pomyśleć ,że to wszystko ,ta cała  moja pisanina to przez Trumpa... czemu ja jakoś faceta nie lubię,,,,,

   



   

niedziela, lipca 09, 2017

Baltazar


    To była moja ukochana koteczka. Dobrze, że chociaż te dwa zdjęcia mam. To pierwsze prześwietlone bo siedzi na tle okna. Biały wąs widoczny jest. Drugie  w ogródku na zadku.
  Zdjęc jest mało bo Baltazar bardzo nie lubiła pozować :))

piątek, lipca 07, 2017

Niespodzianka - wpis bardzo osobisty

       Przedwczoraj  po zrobieniu sobie wycieczki w przeszłość wróciłam do domu przedtem zahaczając o dom Dagmary.
  Zajeżdżam od tyłu, tzn od tylnych drzwi wejściowych ,gdzie nie ma dzwonka na fotokomórkę domową i co widzę??
 Z przodu , mocno zaprzyjaźniony z moją haus majsterin  stoi sobie niejaki Leo - mój eks..którego to nie widziałam od siedmiu lat i i zapewniam ,że za jego widokiem nie tęskniłam... Byłam tak zdziwiona, tak zszokowana, że durna ja ci wpuściłam go na salony.....
  Nie odpuściłam sobie już na tych salonach powiedzieć mu o swoich krzywdach - fakt.

        Każdy temat - mojego dorobku, Kurew, itp było skwitowane ,że to jest temat zamknięty. Jak dla kogo... dla mnie nie..

 Mój dorobek nie wiadomo gdzie się podziewa bo co z nieba spadło ,można się lekką ręką pozbyć..

 Kurew - podobno nic o niej nie wie i podobno go okradła ,podobno z 4 tys. Eu ... i to mnie najbardziej rozśmieszyło bo niby dlaczego nagle Leo, który miał problemy z opłacaniem czynszu miał w domu tyle pieniędzy.. Gotówką...

   Potem pokazywał zdjęci jak odbierał  MOJEGO  Jorgusia od niej bo sobie pojechała do  Niemiec itp, itd...

    Jak już sobie powiedzieliśmy co nas boli ( tzn. ja mówiłam - jego bolało, że ja miałam znajomych w internecie podobno i grałam w Ogame). Przedtem właściwie nic go nie bolało oprócz tego ,, że wszystkie inne były lepsze ode mnie( moja interpretacja).

 I nagle zaczęliśmy rozmawiać o swoich pasjach, o  tym co teraz robimy i to były dwie godziny konstruktywnej rozmowy. Takiej nie przeprowadzaliśmy od mniej więcej 10 lat. Ja się pytam  -czemu....

   Pytam się też sama siebie - po co on przyjechał ,bo jak się znam na Leach to niczego nie ma bez powodu...

   Z doświadczenia życiowego wiem ,że nie ma w moim życiu pana, który by nie chciał do mnie wrócić po tym jak porzucił jak piesa....

  Jak się znam na takich jak on sprawdza na ile i czy sobie może pozwolić...

   Nie może.... Mnie jest dobrze jak jest i w życiu nie życzę sobie jakiejś interwencji.  A jego tym bardziej nie...
  Poprosiłam o zdjęcie padalca albinosa...przysłał i tyle.

    Dowiedziałam ,się,że Baltazar nie żyje.. No była już stara. .Miałaby teraz dwadzieścia lat.. Jeszcze przed jego wyprowadzką z Herkenbosch  podobno któregoś dnia nie wróciła do domu....

      Mieszka u córki podobno w jakimś mieszkanku przy boerderij jego zięcia.. Już ma dwoje , dwóch? wnuków. Dwoje bo to on i ona...
    Druga   córka - moja ulubienica podobno ma same sukcesy jeśli chodzi o pracę - pracuje na Uniwersytecie - jest specjalistką od polepszania nauczania:))
   Maria miała zawsze specjalne zainteresowania.. Zresztą obie córki - Loes np . jeździ konno i skończyła Niderlandzki !!!

      Czemu o tym wszystkim piszę. Widać siedzi we mnie jeszcze nie umarła sprawa.. Chociaż minęło siedem lat. I niby ja zawzięta nie jestem..

 Tak do tej pory myślałam o sobie..  Czasem się jednak budzę z demonami..

      Najgorsze jak demony stroją jakby nic pod moimi drzwiami..

 Zdjęcia padalców jednak przysłał.. Tego albinosa


     



czwartek, lipca 06, 2017

Tak sobie pojechałam

     W ramach testowania mojej baterii. . W sumie zrobiłam 48 km  z jednym między ładowaniem. Tzn miałam wybór albo jeszcze pięć i stanąć w lesie albo zajrzeć do znajomych i  się załadować tym bardziej ,że mają zimne piwo a pić się chciało...

        Pojechałam jak zwykle do Herkenbosch.  Zajrzałam na stare śmieci. Tzn  obejrzałam sobie dom, w którym niespodziewanie wylądowałam i przyszło mi tam pracować 10 lat... Zmieniło się..
 Nie miałam odwagi wejść na teren prywatny ,tym bardziej , że obejrzałam tabliczkę ,że posiadłość jest znowu do sprzedania. Tam ,gdzie ta długa ,biała ściana niegdyś było okno od kuchni, widok na dom naprzeciwko ,park i mogłam ratować zgubione wiewiórcze dziecię. Teraz bym pewnie tego nie zauważylą .Niegdyś nie było tej śmiesznej siatki  i zobaczyłam za siatką staw.. Niegdyś stawik był zupełnie gdzie indziej. Widać  pozmieniali albo i tak wielki już basem powiększyli....
   Budynek ma literę  w sumie U... Niegdyś było tam 10 pokoi parę łazienek , piwnica sauna i inne przyjemności .Nie wiem co jest teraz z tyłu.  Jak pisałam - nie było mi miło łazić po terenie prywatnym...
  Teraz z zabudowanym oknem od kuchni  z  przodu  wygląda jak barak...

Niby nic , ale z tego nieobecnego już okna spoglądałam na domeczek na przeciw.  Marzyło mi się, że jak w końcu wygram , albo nie wiadomo jak się dorobię to go sobie kupię.  Każdy ma przecież jakieś durne marzenia...przejściowe :))
  Kiedyś domeczek był ceglanego koloru, zarośnięty drzewami i nie miał tego szklanego ustrojstwa.
 Był bardzo sympatyczny. Teraz jakoś mniej mi się podobał. "Wysadził " się..
A potem pojechałam hmm.  obejrzeć moje byłe  lokum.Tam gdzie te żaluzje i hortensje to było niegdyś moje. Ja zasadziłam te hortensje. A tam ,gdzie widać czarny parasol to było mój ogród. Nie ma już  winorośli ,kwiatów ,dojrzałam tylko na miejscu stawu sztuczny basen... hmm , było minęło.  A tu ,gdzie widać osiedle nowe ,niegdyś była łąka.  na której kwitły maki ,kąkole i bławatki. Piękne to było. No  cóż. . Za to na dowód ,że ja całą trasę robiłam na rowerze  ,widać na ostatnim zdjęciu kawalek mojego rumaka..
 Zdjęcia umieściłam na dole w kolejności jak to opisywałam.
        A po powrocie do domu czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka... O tym być może w następnym poście

piątek, czerwca 30, 2017

Jak Renatka oszczędzała pieniądze...

          Tak normalnie przecież ja nie oszczędzam .No ale te Antyle itp ,to sobie postanowiłam zaoszczędzić . Tym  bardziej , że płacili wakantie  geld i postanowiłam raz w życiu te pieniądze rzeczywiście przeznaczyć na wakacje...

      Moja credit kart była nadwątlona nieco , więc niezwykle inteligentna właścicielka tejże postanowiła braki uzupełnić i przelała z konta na konto okrągła sumkę.

 Patrzy jeden dzień ,drugi a na koncie kredytowym sytuacja bez zmian .. Nic nie wpłynęło, pieniążków nie ma...

  Tak sobie  podglądałam i po jakimś tygodniu  stwierdziłam ,że Pieniążki owszem są, ale jakby ich nie było bo do ogólnej sumy do wykorzystania jakoś nie zostały doliczone......

 Ooo.. ,zaglądam i zaglądam , w międzyczasie to ja gimnastyki finansowe uskuteczniałam , żeby jakoś bez tych pieniążków się utrzymać i jeszcze tę nową ładowarkę kupić  i parę innych rzeczy....

  Zdolna jestem - udało się ale z tymi pieniążkami dalej mi coś nie pasowało...
 
     W końcu cała zdenerwowana udałam się dzisiaj do banku. Mam tam takiego fajnego pana, z którym zwykle się dogaduje jak mam problem....

      I ten pan zajrzał ,pooglądał te wszystkie moje biedne rachunki i nagle stwierdził , że owszem te pieniążki są,  ale na dawno zamkniętej karcie. O matko i córko....

      Po długiej konferencji telefonicznej z czynnikiem od credit kart , dowiedziałam się ,że pieniązki będą z powrotem w ciągu 3 dni roboczych.  Na  koncie, z którego zostały wysłane....

  Zostałam poinformowana jak mam zrobić , żeby prawidłowo wpłacić pieniążki na właściwą credit kart. I naciągnięta na  ubezpieczenie tudzież moje karty zostały przystosowane do korzystania nie tylko w Europie ale na całym świecie... Nic tylko  podróżować ale ....trzeba jeszcze mieć brakującą sumę. Która to szwenda się po różnych kontach ....

 Chociaż z drugiej strony...Pewnie bym mocno uszczuplilą zgromadzona sumę a tak hmm  jakby to powiedzieć - znerwami , bo nerwami ale jakoś....

     Spokojnie nie umrę. To jest pewne. Przed samą śmiercią pewnie jeszcze jakiś numer wywinę...