Moja lista blogów

poniedziałek, września 26, 2016

Nationale burendag

              Drugi raz zaczynam relację. Poprzednia wersja znikła mi w czeluściach internetu . Zapisało się tylko "I".
 
     Relacja z Dnia Sąsiada będzie więc być może mniej  spontaniczna. Chyba.

Bo jednak ta sobota była dła mnie  udana.
 
  Specjalnie żylki udzielającej się społecznicy nie miałam. Wszelkim inicjatywom , czy w Polsce czy tutaj raczej przyglądałam się z boku. W tym nowym roku szkolnym jakby diabeł we mnie  wstąpił.
  Też muszę powiedzieć, że "Maksimina" ( zmieniła nazwę z Moeder Maximina na tylko Maximina,żeby nie było sugestii,że to tylko dla matek - to jest dla wszystkich kobiet) i jej działaczki ciągle mnie też gdzieś ciągną  a ja jakoś nie umiem powiedzieć nie - bo po części frajdę mi to sprawia ,pomimo zmęczenia i nieraz różnych śmiesznych odczuć..

 I nastąpił ten Dzien  Sąsiada . "Maximina " przecież musiała brać w tym udział.  W dzielnicy Donderberg na ulicy Mozartstrasse były rozłożone kramy i każda organizacja oraz prywatni ludzie  wystawiali swoje kramy,  Było słonecznie, zapachy z różnych dobroci roznosiły się  po okolicy, muzyka  od popu po hinduskie zawodzenie , rock,rap i co jeszcze .Każdy kram coś tam grał. Słońce i pełno uśmiechniętych,radosnych ludzi ,więcej oglądających niż kupujących ale atmosfera bazaru i festu przednia. Uwielbiam takie klimaty a koleżanka Regina,która mówi ,że handel bazarowy to jej hobby była w swoim żywiole .
  Ja co prawda mniej do handlu się nadaje ale tę atmosferę jakiejś takiej wspólnoty  chłonęłam całą sobą .Naprawdę - bawiłam się przednie. Miałąm być tam tylko dwie godziny a jakoś przedłużylo się do czterech. Bo bylo fajnie. Przy okazji porobiłam trochę zdjęć - sąsiadów kramowych też. :)) To wszystko będzie poniżej

    Syta wrażen  wróciłam do domu a tu w holu na dole  były przygotowania do obchodów dnia sąsiada w naszym bloku.  Przeze mnie. Bo kiedyś spotkawszy opiekunów domu zapytałam czy się tu nic nie robi z okazji tego dnia. Tak ni z gruszki ni z pietruszki zostałam zawiadomiona ,że a owszem,
  potrzebne są szklanki,łyżeczki itp ,każdy z uczestników przyniesie jakies hapje i będzie impreza. Upiekłam ciasto śliwkowe (ja nie piekę ,to był mój debiut w temacie), już w domu głowiłąm się jak to podzielić na 25 osób ,bo  tyle się ponoć zapisało na imprezę.
    Przy okazji nagle dowiedziałam się, że  w moim bloku mieszka 12 nacji!. A ja myślałam ,że jestem jedną z nielicznych  obcokrajówek..
  W kwestii wyjaśnienia - mój blok do ubiegłego roku był przeznaczony dla osób 50+. W ubiegłym roku zmieniono zasady .Zamieszkało sporo młodych osób i mamy nawet przychówek!
 Impreza  integracyjna rowijała się powoli ale jednak.  W sumie podobno było 35 osób . Około dziesiątej urwałam sie i pobiegłam na grilla do znajomych Polaków. Wracając  do domu myślałam ,że jest dawno po imprezie a tu wpadłam w apogeum.
    Wszyscy bawili się swietnie gadali i starsze panie z młodymi ludżmi sobie świetnie radziły. Impreza byłą udana, Była mużyka z radia i kolektywne zapoznnie się z nowymi mieszkańcami.
 Pani opiekunka naszego bloku  na drugi dzień powiedziała coś takiego - było to potrzebne ,ludzie przyszli ,nawet ci ,co zarzekali się ,że nie mają czasu . Z mojego ciasta zostało senne marzenie, sama załapałam się na maciupci kawałek jak próbowałam ,czy mogę je podać...
   
  Tak to wyglądało na Donderbergu
organizatorka naszego kramu

Regina w swoim żywiole

Nasze reklamówki


Sąsiedzi kramowi
Oni niby też te szaszłyki a może wit? W każdym bądz razie fajni byli 
Mlodzi Syryjczycy - rodzice dzidziusia obok
A tak u mnie w bloku

Pierwszy dzidziuś w naszym bloku na rękach naszego dobrego ducha domu
moja najbliższa sąsiadka i Brazylijka
Samotni panowie z czwartego piętra




Przyjęcie trwa
Bufet otwarty

Pierwszy gość, zawsze uśmiechnięty kolorowy pan



 Wszystkie zdjęcia zamieściłam za zgodą zainteresowanych.  Są one tylko moją własnością.

czwartek, września 15, 2016

Byłam wczoraj..

   W bardzo wielu miejscach. Byłam na kursie, na otwarciu nowego boiska i na przyjęciu weselnym.
Jak ja to przeżyłam sama nie wiem. I dlaczego to przeżyłam też nie wiem. I po co to wszystko robiłam też nie wiem.
Jednk opiszę przyjęcie weselne. Nie dlatego ,że jakieś ekstra było. Tylko, że typowe tutaj.
Młoda para sprawdziła pogodę. Była bardziej niż dobra. Przyjęcie było tak bardziej po holendersku chociaż pani młoda jest Polką. Oprócz niej my dwie siostry jak przedstawicielki naszego kraju.
  To było garten party. Na stołach w ogródku ,przykrytych papierowymi obrusami były orzeszki,piwo i dla pań wino. Dla mnie było bacardi z colą z puszki.
O  18,30 przyjechal chińczyk i postawił na stół żarełko w pojemnikach . Były papierowe talerze,papierowe śtućce - czyli pełny wypas.
Lepiej niż na innych holenderskich przyjęciach - w końcu mogło się skończyć tylko na kanapkach ,orzeszkach i chipsach, no i oczywiście na serach. A tu było ciepłe żarcie i dobre zresztą . Wiem,bo jadłam. Nie było "tych robali" ale była kaczka,jakieś mięsko inne ,satee (ponieważ nie lubię ,to nie jem) i jedno wielkie jajo zrobione z nie wiem ilu jaj. Była sałatka z białej kapustki zrobionej na żółto,czyli była w niej curcuma albo inne ziele - w sumie dobre.
  Ja nie o jedzeniu. To jest dla mnie nie istotne. Ponieważ ostatnio bywałąm u Polaków na grillah bez powodu , przedtem na różnych uroczystościach w polskich rodzinach to wiem jak  się to odbywa.
Stól sie ugina od  jedzenia, wszelkie gospodynie zadają sobie niezwykły trud po to ,żeby sąsiedzi nie obgadali..
U Holendrów nie .Spotykamy się po to ,żeby ze sobą pobyć, może być tylko przy orzeszkach i piwie.
A papierowe obrusy  i talerze? Bosz - jakie to  wygodne - zwijasz wszystko razem i wyrzucasz do śmietnika. Bez zapychania zmywarki czy używania własnych rąk ...
  W koncu - przyjecie ogrodowe - kto powiedział,że ma być na porcelanie i haftowanych obrusach...


środa, września 07, 2016

Wycieczki haha zagraniczne




Czy ja koniecznie muszę   do Maroka  jechać,   żeby  orientalne  atrakcje  mieć?  Te rączki i nóżki należą do pani, która  właśnie  wróciła z  rodzinnego święta. Henna się  jeszcze  dobrze  trzyma  😉

Przypowieść o wędce i rybie...

                  Zaczął się w Holandii od poniedziałku nowy rok szkolny. I dla mnie też .Właściwie kołomyjka.
 Przeczytałam sobie u Jo z jakimi problemami się ona zmaga tam w kraju.  Poczytałam o nowej rewolucji w szkolnictwie itp. Są wielkie problemy ,tu tez ,nie tylko w Polsce.
       
           Mam znajomą rodzinę polska w sąsiedztwie. Znam te dzieci niemalże od urodzenia a nawet jeszcze wcześniej. Z matką chodziłam do lekarza jako tłumacz, zapisywałam do przedszkola,a teraz do szkoły. Asystuję matce jako tłumacz. szkoła ma mój  nr telefonu, doktor ma mój nr telefonu .
   Starszy chłopczyk ma różne schorzenia  -  w pierwszym roku życia ledwie wyszedł z życiem, później przyplątała się laktoza ,egzema i alergie różne na różności. Ciągle chory. I zawzięcie nie mówi. Chodziłam z   nim do logopedy gdzie bardzo chętnie chodził bo pani logopedka ( tak sobie w duchu myślę)poświęcała tę godzinkę wyłącznie  jemu.
 
      Poszedł do szkoły. Były telefony do mnie ,czemu go nie ma w szkole. Matka nie była łaskawa zawiadomić szkołę ,że dziecko chore np.
  Ponieważ były z nim kłopoty jest tu specjalna jednostka ,która bada "trudne dzieci" i diagnozuje co z tym dzieckiem jest. Matka miała obowiązek się zgłosić z nim do tej całej Atalanty: Były przedstawiane różne terminy tudzież fachowy tłumacz. I nic - dziecko jest dalej nie zdiagnozowane bo matka nie była łaskawa ,biedna nie była w stanie  .Za to w międzyczasie zdążyła zmienić tatusia.
       Gdy poszła do pracy gmina opłaca opiekunkę ,która opiekuje się dziećmi . Opiekunka - też polka - zrezygnowała zz tej pracy u niej .

      Od dłuższego czasu kontakty moje były bardzo sporadyczne. Przez ostatnie miesiące nic nie wiedziałam o tych dzieciach. Do wczoraj. Wczoraj ten prawdziwy tatuś zadzwonił z Polski  ,żebym poszła z mamusią do szkoły na otwarcie roku szkolnego.  Poszłam .Najadłam się wstydu o tą  Atalantę bo..dalej nie ma wyników. Wieczorem znowu sms od tatusia z Polski - żebym z malutką Zuzią poszła na jej pierwszy dzień do przedszkola. Z mamusią  - jako tłumacz oczywiście.
    Moje telefony są u  pana Dyrektora szkoły, u pani,która prowadzi starszego synka,u pani przedszkolanki.  Zuzia oczywiście nie mówi. A mamusia? Znowu zmieniła nr telefonu. Nawet jak szkoła zadzwoni to ja się do nie j nie dodzwonię.

          Inna Polka ,ktorą poznałam niedawno ma córeczkę  w tym samym wieku co ten mój przyszywany wnuk.  Ta mała mówi w dwóch językach ,wszystkich zna w okolicy, ,takie żywe sreberko. Dla niej jestem ciocia.  Mama przynajmniej stara się uczyć holenderskiego. Tzn chodzi do tego  mojego centrum  a pewnie teraz za niedługo zostanie skierowana do szkoły. Dziennej ,czyli nie będzie musiała pracować za darmo ,jako ,że gmina jej płaci  to też wymaga - tzn,że musi poznać holenderski.
   Te wędki jakie jej daje  gmina ta ostatnia jak na razie wykorzystuje. Wie,że rybę musi sama złapać. Ta pierwsza wszystkie wędki wyrzuca za burtę.
         
        I tak czasem się zastanawiam co ja w tym wszystkim robię. Bezinteresowna pomoc - owszem,bardzo chętnie .Jak widzę ,że wszystko się olewa to nie mam serca.  

     Przed rozpoczęciem sezonu bawiłam się w malarza  w tym moim centrum.   I tu znowu lekki zawód - przyszły   osoby kierujące centrum.  I ja  . I jeszcze jedna Hinduska. Maroko, było nieobecne. W zasadzie żadna przedstawicielka pionu huścianego ,oprócz Amal nie było . I nowu mnie dopadło  zniechęcenie.
       Może nie ma związku  - za to bardzo duży procent z tych róznych moich dziwnych znajomych ma pieniądze  na maryśkę....i czas na jointa..

wtorek, sierpnia 30, 2016

Co było i jest jak mnie nie było

                Absolutnie nie narzekam .Wszystko jest prawie ok. Tyle, że ja chyba jednak mam nie po kolei ...
  Do  remontu mojego malutkiego pokoiku  zawołałam sobie aż dwóch panów. Składali mi nowe biurko, kładli klik - klaki, zrobili fontannę w podłodze i kosztowało mnie to sporo pieniążków. No bo to obiadek panom,skrzynka piwa itp itd plus wypłata..Już nie wspomnę o nerwach..
 I co ja robię ,żeby odreagować?  Ano proszę państwa ja  maluję w Moeder Centrum . Tak  - odnawiamy pomieszczenia przed  rozpoczęciem roku szkolnego. W czynie społecznym.
    No powiedzcie ,czy ja jestem normalna?
A oto dowód - ja jako malarz nieszczęśliwy

sobota, sierpnia 20, 2016

Szczęście ze śrubką...

                             Wczoraj do południa byłam prawie szczęśliwa. Nareszcie przecież mój pokoik nad którym ostatnio pracowałam zaczął wyglądać tak jak chciałam i sobie to wydumałam. Złote rączki polaków od wszystkiego dały radę nic nie spieprzyć a nawet całkiem dobrze się spisali. Zostało tylko położenie listwy zamiast progu.
     Wydumałam sobie ,że skoro klejone  listwy w innych miejscach notorycznie mi się odklejają to teraz sobie nabędę takie na śrubki. Przykręci się i już - będą do usranej śmierci.  Się trzymać . Tak jak powinny..
   Złota rączka przyciął nic nie uszkadzając, zaznaczył sobie  gdzie ma nawiercać dziurki i przystąpił do pracy. Jedna dziurka poszła. Sprawnie.
Przyszłą koleżanka. Sprawdzić tok robót i mój nowy hobby kamer. Siedzimy sobie i klachamy a złota rączka wierci drugą dziurkę. Nagle krzyk ,przekleństwa - my patrzymy, a z podłogi wydobywa się fontanna, Żółta i ciepła fontanna. Tak gdzieś na pół metra wysoka.
  Wpadłam w histerię.  Nerwowe  poszukiwanie numeru  telefonu do spółdzielni. Wnerw totalny bo mnie się języki mieszały a pani już  chciała weekend zacząć. Udawała,że mnie nie rozumie (sama bym się nie rozumiała) w końcu mnie po przełączała do rożnych takich techników itp.  Była propozycja żebym zakręciła wodę a oni przyjdą w poniedziałek. Myślałam ,że mnie trafi  - wiecie, rozumicie... Uparłam się ,że żadnej wody zakręcać nie będę bo ta woda nie leci z rur wodnych do picia tylko z jakiejś rurki kaloryferowej, , bo ciepła i żółta. Rdzawa wręcz... I co robi w ogóle  jakaś rurka w progu ! I to do sypialni! I mają natychmiast przyjechać zanim zaleję sąsiadkę i jakieś inne nieszczęście się stanie  z całym budynkiem.  Na histeryzowałam się telefonicznie .W międzyczasie  poszły wszystkie największe ręczniki w ruch. Ratowany był laminat w przedpokoju i w sypialni . Gorączkowa latanina trwała. Pobiegłam  do sąsiadki na dole, żeby uprzedzić ,że zaraz będzie miała świeże malowanie. I tu doznałam nowego szoku. Bo tak ślicznie położonej podłogi to ja nie widziałam jeszcze jak ona ma. Co to za fachowcy jej robili!!  Złapał mnie podwójny nerw. Nie ,ja mam też w porządku ale nie tak perfekcyjnie! Słoje jej się wszystkie układały jak trzeba no po prostu perfekt. Ja jestem z mojej zadowolona ,naprawdę ,nie mam zastrzeżeń ale u niej uhm..I groziło mi, że ,ja to wszystko przez coś czego nie rozumiałam zniszczę i nowe wydatki będę mieć - nie dość, ze u mnie to jeszcze u niej...

      W międzyczasie fontanna  się zmniejszyła, mój zabytkowy ręcznik z cycatką poszedł ....W oczekiwaniu na monterów ze spółdzielni pracowicie walczyliśmy z wodą. Ja w duchu płakałam bo   woda podchodziła pod laminat i rysowała się perspektywa przede mną niezwykle kosztowna. A tak chciałam mieć ładnie.!
    W pewnym momencie zauważyliśmy, że wody tak jakby mniej. Złota rączka wsadził wiertło w dziurkę ,zatkał ją i woda przestała się lać  Proszę nie mieć skojarzeń ;)) Oddaliśmy się spokojnie czynności czekania na fachowców od rur wszelakich.


  W końcu przyjechał najpierw jeden monter. Młody,niezwykle flegmatyczny człowiek. Obejrzał, podumał, poszedł do samochodu po narzędzia.  Zaczął kuć . Musiałam wyjąć jeden na razie panel..Na całe szczęście mam jeszcze parę w zapasie... Całkiem flegmatycznie i spokojnie powolutku sobie kuł. Bynajmniej nie wysilał się za bardzo albowiem kujnął dwa razy i ukazała się rurka. Plastikowa, ładnie wybrzuszona, na cm pod powierzchnia podłogi.  Dziurka się też pokazała. A jakże.
    Teraz mam zrujnowaną podłogę w przedpokoju, mam nadzieję, tylko . Beton pod panelami schnie.
 Zachciało mi się to mam.. Nie pojadę na urlop. Bo będę musiała się wydatkować.... ech...Na nowe panele. I złote rączki.  I pilnować ich ,żeby mi nic nie wiercili w podłodze bo w tym papierowym domu nie wiadomo gdzie i od czego jaka  rurka przebiega..
Ta byłą od kaloryfera w łazience !!!

  Zdjęć na razie nie będzie. Może Dagmara coś narysuje?

poniedziałek, sierpnia 15, 2016

Ostatnie parę dni

     Były owocne . W nowe doświadczenia.
Berlin mi się tym razem wydał bardziej przyjazny niż innymi razy. Pełno młodych ludzi,bawiących  się ( bo przecież wakacje). W dzielnicy ,której przebywałam nie widziałam azylantów za to widziałam mnóstwo młodych ludzi udających artystów albo będących artystami.
Bo to niegdyś dzielnica artystów była. Teraz też niby jest ,ale coraz więcej się wprowadza artystów prominentnych do nowych albo ekskluzywnie odremontowanych starych kamienic...
 Dom mojej córki nie należy jeszcze do elity artystycznej więc niestety nie posiada ta kamienica windy co osobiście dla mnie jest   bardzo uciążliwe.  Przeżyłam jednak .

     Ostatnio po hobby telewizorowym (tak się składało,że wychodziło mi,że raz na rok jeden telewizor kupowałam) przeszło mi na hobby biurkowe. Tylko nie raz na rok - teraz mi wychodzi ,że co tydzień kupuję nowe biurko. Jedno dla mnie, jedno dla córki. Jak na razie ograniczyłam się do tych dwóch .Myślę,że na jakiś czas wystarczy :))
 
  Przy okazji zdobyłam nowe doświadczenia. A jakże  - komputerowe. Bo ja proszę państwa do Berlina jechałam jak w starych czasach kupując bilet na stacji. Z Berlina natomiast za namową córki postanowiłam zakupić bilet komputerowo. To jest możliwe. I tańsze. I wyglądało to tak,że ja otrzymałam czip,który skanował pan konduktor z mojego tabletu. Widziałam już wcześniej,że jest coś takiego możliwe ,obserwowałam innych pasażerów jak pokazywali smartfona albo tablet i pan konduktor coś tam przy nich majstrował. Sama jednak wolałam tradycyjny bilet.  I tu proszę - się odważyłam. Poszło bezboleśnie..I jaka oszczędność na kasie!!!
  Jeszcze trochę a będę całkiem współczesny człowiek. Ten taki z przyszłości..Jeszcze jak odzyskam rożne daty w moim lapku ,które na pewno gdzieś są tylko ja ich nie mogę znaleźć ,kurs niderlandzkiego za 250 zł mi wsiąkł a był bardzo dobry. I inne sprawy ,których mnie pracowicie Tetryk uczył z całą cierpliwością. I zagubione kontakty ze Skype. itp. ..chwilowo mi to szalenie utrudnia  komputerowe życie.

Nie mam czasu teraz  się tym zając bliżej. Bo przecież  postanowiłam wykończyć mieszkanie w/g zamysłu ,który miałam jak się wprowadzałam tutaj. Jutro mam malowanie mojego biurkowego pokoiku,który ma mi służyć za pokój bibliotekę,komputerowy i w porywach gościnny...
  Będę od jutra malować i układać klik-klak laminat. Czasu na komp nie mam a tu na grzyby trzeba itp też .Póki lato trwa ..I mam chęć..
 
   Bo ja przecież więcej ruszać się muszę...Dla mojego zdrowia podobno buhahah