Moja lista blogów

niedziela, listopada 19, 2017

Czasem miewam jakieś sny....

   Ten nie wiem do jakich snów zaliczyć.   Czy do kategorii męczących ,czy do horrorów czy zwyczajnie do kategorii snów kolorowych. Bo śniłam w kolorze...
  A śniło mi się mianowicie, że w Roermond, w okolicach Outlet-u spotkałam Piotra Opolskiego tudzież - to chyba była Gimi,.  Dlaczego akurat Gimi - pojęcia nie mam ,bo dlaczego Piotr to wiem..

      Piotr na mój widok wykrzyknął - no fajnie bo właśnie postanowiłem zobaczyć na własne oczy atrakcje Roermond. Gimi nic nie powiedziała tylko spojrzała na mnie z góry.

Wpadłam w panikę. Jezu - ja na pewno zaraz zabłądzę, nie będę umiała znaleźć drogi tym bardziej ,że w tej uliczce zwykle się gubię. Będę musiała się pytać o drogę i zaraz wyjdzie ,że nie mówię dobrze w żadnym języku. Totalna kompromitacja. Oni chcą jeść w restauracji jakiejś ,która oferuje holenderskie żarcie - nie  stać mnie na to , Jezu co będzie, co będzie , czysta kompromitacja (te wszystkie myśli były z tyłu głowy) a jednocześnie szczerzyłam zęby i starałam się jak najbardziej dobrze spełniać rolę przewodniczki.

   Gimi okazała się mało zdyscyplinowana ,interesowały ją sklepy z ciuchami i inne atrakcje nie związane z historią miasta. Patrzyła  na mnie z góry jak na  okaz jakiejś małpiatki wbijając mnie  w jeszcze większe kompleksy .
   Z prawdziwą ulgą pozbyłam się jej na chwilę. Tzn - wytłumaczyłam ,że jak pójdzie prosto tą uliczką to dojdzie do jeszcze jednego kościoła, tuż koło mojego domu i tam się spotkamy ....

  Gdzie był w tym czasie Piotr nie wiem ale pod  wspomnianym kościołem się znalazł . Piotr zresztą w tym śnie był  z dystansem ale uprzejmy - nie  bałam się go tak jak Gimi.

 Koleżanki blogowej nie było pod kościołem.  Udaliśmy się na poszukiwania. Pan ,który na straganie pod kościołem świeże jarzyny sprzedawał ( w realu jest owszem targ w soboty ale w centrum) mówił ,że widział dziewczynę taką ,które szła w stronę tej restauracji. Poszliśmy w tym kierunku ( a ja w duchu kombinuje co im ugotuje na kolację , jak ich spać położę i gdzie sama się podzieje - dobrze ,że mam siostrę w zapasie -,myślę sobie) . Zobaczyliśmy Gimi jak wychodzi z bardzo drogiej restauracji

 Koleżanka , bardzo kulturalnie ale z wysokości swojej nieomylności poinformowała mnie ,że sobie niespecjalnie dobrze pojadła za to z nutą pretensji do mnie  - za 60 Eu.
 Ja w duchu - a kto ci kazał tam łazić - na zewnątrz jednak  uśmiech trzy na cztery i odparłam , trudno , przecież Holandia jest droga...

    Piotr się nic nie odzywał a ja znowu miałam dylemat - zajdziemy do domu , ja zacznę gotować a przecież Piotr świetnie gotuje - pewnie nastąpi nowa kompromitacja. A przecież ten wpis na jego blogu ,który zamieściłam na pewno będzie źle zrozumiany. Muszę się obudzić i natychmiast go usunąć...

 Obudziłam się bardzo zmęczona....


wtorek, listopada 07, 2017

Gruzińska legenda



 Tak wygląda pismo  gruzińskie. Piękne prawda?? Myslę o grafice.
Dowiedziałam się o piśmie wiele - , że jedno z najstarszych pism na świecie, że powstało przed  naszą erą, że każda literka odpowiada jednej w mowie.  I tam  takie różne. Wujek google wszystko  naukowo wyjaśni .
   Ja jednak usłyszałam pewną legendę na temat powstania tego pisma. Gruzini twierdzą ,że to święta prawda i niech im będzie.   Naukowcy zaś wiodą spory o to ,które pismo jest starsze - armeńskie czy gruzińskie...

   Ja zostawię naukowców w spokoju i przytoczę legendę, którą sami Gruzini mi opowiedzieli ,twierdząc  oczywiście ,że to  prawda historyczna.

   Twierdza oni ,że pismo wymyślili im  Ormianie . A było tak - okoliczne ludy już posługiwały się jakimś alfabetem a Gruzini nie. Rada najwyższa się zebrała i postanowili  oni udać się po radę do pewnego Mędrca - Ormianina, który był tak mądry ,że cały Kaukaz swą mądrością opromieniał i dalej jeszcze jego sława sięgała.
     Udali się więc do Armenii i po wielu trudach dotarli do  siedziby Mędrca a  że niecierpliwi byli ,to nie zważając na to ,że przerywają Mędrcowi  nabożny posiłek wyłuszczyli swój problem i przedstawili prośbę.

 Mędrzec był krewki dość i wściekł się strasznie , że nie dadzą mu spokojnie zjeść makaronu z sosem i warzywami .  I rzucił w nerwach  talerzem o ścianę. Kluski malowniczo rozlały się  po ścianie a Mędrzec rzekł:
- chcecie mieć alfabet? Tak? to ta kluska jest a ,ta b, ta c itd.

 I tak Gruzini dorobili się w końcu alfabetu , który składa  z 33 liter. Hmm.. . 33  makarony to ile by to było na talerzu??Zakładam , że to był makaron typu szpagheti :))



 

piątek, października 27, 2017

Wspomnienie bieszczadzkie

   Ultra swoim postem o  Bieszczadach  uruchomiła oczywiście wspomnienia.

          Po sezonie szparagowym, który obfitował w zawirowania z Gwiazda i itp. Leo i jego siostra postanowili mi zrobić przyjemność (he,he) i zafundować urlop w Polsce.
  Udaliśmy się dwoma karawanami najpierw odwieźć pracownicę jedną do jej pod rzeszowskiej wioski.  Dziewczyna była ( jest) bardzo sympatyczna i robota paliła jej się w rękach, poza tym mieszkała w okolicach bardzo pięknych .
  Najpierw zajechaliśmy do jej wioski.
Dla Holendrów widok krowy   nie jest dziwny ale dojenie jej ręczne na polu wzbudziło zdziwienie i chęć sprawdzenia  czy też tak potrafią. Biedna krowa - była wydojona do ostatniej kropli krwi. Właścicielka krowy ledwie ją uratowała od za dojenia na śmierć.
  Żurek na obiad z jajkiem nie wzbudził wielkiego och jakie dobre . Tylko ja byłam zadowolona niebotycznie . Oni zupy nie znali a Holendrzy raczej ostrożnie jedzą to , czego nie znają..
    Po drodze opowiadałam ile wiedziałam o historii Bieszczad i skomplikowanych  losach ludzkich tego regionu.
   Opowiadałam, o tym jak powstały połoniny i o walkach różnych , które przez te ziemie się przetaczały. O budowie sztucznego jeziora . O lasach i ich urodzie, o tym ,że to jest nasz "dziki zachód"..O tym ,że różni osobnicy tu mieszkali i mieszkają , o bimbrowniach w lesie itp ciekawostki. Jak Leo w rowie przydrożnym znalazł ludzką kość  - moje opowiadania zrobiły się bardziej prawdopodobne...
 Pojechaliśmy dalej  - niby nad Solinę ale jakąś bieszczadzką obwodnicą. Leo jako wszystkowiedzącynajlepiejiznawcapolskichdróg był tym co czyta mapy i kieruje wyprawą. Ja się oczywiście na niczym nie znałam i miałam służyć wyłącznie do odczytywania nieprzeczytawalnych i niewymawialnych przez Holendrów nazw. Co chwila tylko słyszałam ,że tego się nie da przeczytać już nie mówiąc o wypowiedzeniu. Szczerze - niektóre nazwy przydrożnych wiosek nawet dla mnie były dość trudne do wypowiedzenia :))
   No i zaczęło się . Safari.
  Leo spojrzał na mapę i stwierdził ,że najlepiej jak pojedziemy sobie tą wąską drogą ( pewnie była to obwodnica bieszczadzka) ale w tym kierunku i właśnie tą odnogą.  Co prawda były tam narysowane w trzech miejscach w poprzek jakieś kreseczki , wszystkowiedzący Leo nie zastanowił się nad nimi a ja konsekwentnie udawałam głupią. Chcieli mieć "dziki zachód" to niech mają.
  Wjechaliśmy w las i wyraźnie widziałam jak siostra Lea czuje się coraz bardziej nieswojo - po lewej ogromne drzewa , po prawej drzewa i końca nie widać.. I nagle przez całkiem przyjemną drogę strumyczek. Nastąpiło  badanie, czy się przejedzie tymi karawanami ,czy nie zniszczy się wypasionego auta szwagierki(eks) .Cała przeprawa jak w dzikiej dżungli....
 
   Przejechaliśmy. Szwagier Lea odebrał mu mapę i stwierdził, że przed nami są jeszcze trzy takie miejsca z przerywanymi liniami. Ani zawrócić,  bo się nie da wykręcić , ani żywego ducha co by się poradzić . Nie pozostało nic innego jak jechać dalej.

Ja miałam dziką uciechę. I byłam cała zadowolona z przygody i z przeprawy.
. Nasi panowie radzili sobie coraz lepiej przy każdej następnej "kreseczce"..

Przejechaliśmy te potoczki , a tu dalej las, las, las...Ni żywego ducha.  Z okien samochodów zwierzęcia jakiegoś tyż nie widać. 
 I nagle ni  stąd ni zowąd znak drogowy. Pamiętam ,że było to żółte, trójkątne z czerwona obwódką. To, że jakiś znak się pojawił  było oznaką ,że powoli wracamy do cywilizacji. Hmm... a jednak ta cywilizacja  była co nieco podszyta strachem , bo znak był cały podziurawiony kulami.... A potem szwagierka(eks) poczuła zapach dymu  a końca  drogi nie widać.  Okna szybko były zakręcone i panowie przyspieszyli , przekonani ,że to las się pali.  A to był dym z wypalania węgla drzewnego i przy drodze pokazali się dwaj panowie z sutymi brodami , osmaleni od sadzy ,uwędzeni i brudni niebotycznie. Na ich widok szwagier przyjął niebezpieczną szybkość , Leo za nim . Panowie przyjaźnie machali do nas rękami ale w duchu sama nie miałam nic przeciwko szybszego dotarcia do jakiegokolwiek siedliska.

 W końcu dojechaliśmy do kempingu nad Soliną. Nad jeziorem. Zamontowaliśmy się i już bez karawanów wybraliśmy się do Ustrzyk - ja im chciałam pokazać stadninę koników huculskich , która ich wcale nie zachwyciła. Opowiedziałam o tym ,że tam dalej to już Ukraina  o rzut beretem i może tak na Ukrainę??? Wstrząsnęli się wyraźnie.  Mieli chyba dość wrażeń w ich pojęciu niebezpiecznych. a na Ukrainie mogło być gorzej:))Polski dziki zachód jakoś im nie pasował. Za mało domów , za mało ludzi ,za duże drzewa . Jezioro owszem , natura piękna wszystko im się podobało oprócz ogórków małosolnych. Rybki wędzone i z rusztu i kolejka wąskotorowa i pstrągownie. Ogórki zdecydowanie nie... A jak pan w pstrągowni powiedział im ,że czasem tu przychodzi niedżwiedż częstować się pstrągiem to wyraźnie siedzieli jak na szpilkach ....Właściwie się nie dziwię bo kto by chciał niedźwiedzia spotkać jako współkonsumenta:))

   Z prawdziwą ulga udali się do Czech. Jadąc przez tereny  zagospodarowane, gdzie czuli się świetnie...

 A ja - chętnie  bym znowu powtórzyła tę  trasę.  Bo jakoś zawsze lepiej czuję się tam ,gdzie mniej ludzi , nad wodą ,w lesie...





poniedziałek, października 23, 2017

Piękna niedziela

          Wczoraj , czyli w niedzielę było " wietrznie", "padliwie" i zimnawo. Pomimo tych drobnych przeciwności wybrałyśmy się z siostrą do Maastricht , do kina. Kino się zwie Limaire i jak się zorientowałyśmy chyba takie bardziej artystyczne czy ambitne filmy wyświetla a mieści się w budynku po jakiejś fabryce .Budynek został wybudowany w 1910 roku co na filarze w kafeterii było skrzętnie odnotowane , pozostały tam jeszcze rury i zegary po jakiejś produkcji.
      Kino mieści się w dzielnicy Bassin nad  rzeką Maas.
Pomimo paskudnych kocich łbów (  uwielbiam kocie łby  - nie wiem jakie wygodne buty bym miała to chociaż raz noga mi się  "łybnie"), pomimo wiatru i fizycznych moich dolegliwości dotarłyśmy do kina - przed czasem otwarcia wszystkiego. Nawet kawiarnie były zamknięte. Nie pozostało nic innego tylko krążyć po najbliższej okolicy , podziwiać zabudowę i modlić się ,że nie załapiemy grypy...
   I w końcu  przyszedł czas na kino. Otwarte. Wzmocniłyśmy się kawusią ,obejrzałyśmy rury i zegary ,zdjęcia (chyba to był jakiś spichlerz) i ruszyłyśmy na ucztę duchową.
    Bo to  była uczta. Kto lubi impresjonistów, kto jest wrażliwy na obraz powinien ten film obejrzeć moim zdaniem. Dagmara kocha , ja się zaraziłam ( w końcu młodsza siostra i zawsze jej sekundowałam w jej poczynaniach i przy okazji wiele i o sztuce malarskiej od niej się dowiedziałam ) już nie mówiąc o tym ,że te same geny mamy - ja co prawda jestem inna ale bardzo często wrażliwość mamy bardzo podobną.
   Film jest do "wielokrotnego użytku "moim skromnym zdaniem.  Za jednym razem  człowiek nie ogarnia. Tzn  - tam jest wszystko piękne, malarsko ,technicznie wyjątkowe  plus do tego  grają w tym filmie oryginalne obrazy Van Gogha.
  To jest - moim zdaniem epokowy eksperyment. Jak można  przybliżyć każdego artystę  zwyczajnie animując niby.
   Fabuła tu jest moim zdaniem drugorzędna. Kontrowersyjna raczej ,chociaż może  też pokazująca jak na jedno wydarzenie można spojrzeć. różnie.  Konkretnie  chodzi o samobójstwo Van Gogha. Wszyscy mieli różne wątpliwości.
     Jedynym mankamentem tego filmu  jest - z mojego punktu widzenia - brak dabingu.  Zamiast podziwiać obrazy i kunszt artystów człowiek musi czytać tłumaczenie . Uwaga jest rozproszona. Dabing być może nie jest dobry zawsze ( ja jestem Nietoperek) ale w tym wypadku kto wie jaki miał głos Vincent, kto wie jakie głosy miały postacie występujące w filmie . Mnie tu żaden  dabing by nie przeszkadzał a umożliwił bardziej skupienie się na obrazach.
   Za to teraz mam żółto i niebiesko w głowie...
 Syte  wrażeń udałyśmy się do portowej knajpki na wyżerkę rybną.  I kieliszek wytrawnego wina..   I jakoś wredna pogoda nam nie przeszkadzała. Niektóre djęcia udało się w promykach słońca zrobić..
Nasze kino z zewnątrz Cinema Lumiere

Bassin Port
jakieś coś nad rzeką w tym porcie

tan w tle na dole liczne rybne knajpki, winiarnie itp  ekscesy

Maas

zakapturzona Renia na moście

 i ta barka ,która baardzo szybko płynęła

Maaała uliczką  w Maaaaaastricht

 To są zdjęcia, które udało się  Dagmarze zrobić... Ja się nie wysilałam  :)) ja duchowo przeżywam :))

     

środa, października 11, 2017

Kara za grzechy

                 
        Cieszyłam się jak głupia ,że pojechałam sobie tam gdzie chciałam  , teoretycznie wróciłam ci ja do domu wypoczęta i odstresowana.  Tyle teoria. W praktyce  zaczął się horror na wszystkich możliwych frontach.
    Najpierw okazało się ,że nie mam telefonu, potem wysiadł telewizor a następnie internet.
 W międzyczasie dostałam rachunek za telefon mobilny w kwocie oszałamiającej nawet t-mobile...
Negocjacje w sprawie rachunku. Załatwione pozytywnie. Negocjacje z tele-2 w sprawie moich urządzeń. Zaczęli od przysyłania kabelków. Nic to nie dało. Potem namawianie mnie na podpisanie nowej umowy teoretycznie bardzo lukratywnej ale awaria ciągle nie naprawiona. Więc się  wściekłam i całe moje jestestwo techniczne przeniosłam do t-mobile,gdzie już mobilny telefon od lat mam. Niestety ,przenosiny trwały do dzisiaj...Cierpliwie odczekałam. Ale to mało - w tzw, międzyczasie siadła mi nieodwołalnie bateria od roweru. Nie ładowarka, nie rower tylko bateria. Koszt nowej - 600 Eu. Nie wiem co zrobić . Bo przywykłam do łatwej jazdy ,kocham ten mój rowerek itp.itd.... na razie jeszcze codziennie ładuje i boję się gdzieś dalej pojechać bo jak mi tej baterii braknie to jechać można ale to jest ździebko męczące ,szczególnie ,że teraz jesień , wieje i pada.

    Ale apogeum to ja mam z NFZ i UWV.
W każdej korespondencji od NFZ mam zdanie ,że prawo europejskie mówi ,że składkę zdrowotną płaci się tylko w jednym kraju europejskim ,w kraju zamieszkania najlepiej..

 Od października ubiegłego roku usiłuję to prawo wyegzekwować od NFZ.   Przedstawiłam dokumenty ,że mieszkam i płacę tutaj CZ.  Pani młodszy specjalista  Patrycja Kociszewska w WWM MOW NFZ zwróciła się do mojego CZ o oficjalne potwierdzenie. Otrzymała. Ale, żeby sprawę utrudnić ,czy  ja nie wiem co napisała mi list na adres domowy w Holandii ,że zwróciła się jeszcze raz o dodatkowe dane albowiem pan jej nie napisał od kiedy to ja pobieram holenderska emeryturę. A co ich to do jasnej cholery obchodzi !!!!!

  Za parę dni dostałam list od UWV, że otrzymali od "polskich autorytetów" druk E205.NL i ja muszę im przesłać dokumenty o całym moim przebiegu pracy w Polsce, dokumenty potwierdzające moją pracę w Holandii,zasiłki itp ,czyli muszę w/g tego druku udowodnić ,że nie jestem słoniem ....

    Dostałam histerii.  Mój dom zalegają tony papierów,  Poczytałam sobie o tym druku. Ten druk służy do obliczenia emerytury za granicą ,również do tego by np stwierdzić w wypadku renty chorobowej czy osobnik nabył swoją chorobę w tym kraju czy w innym...itp sprawy. Nie ma to nic wspólnego z opłacaniem składek  zdrowotnych.
     Jestem udupiona papierami. Ilekroć spoglądam na list od UWV mam łzy w oczach bo na dodatek nie miałam internetu, kopiarka mi nie chce pracować jak trzeba ,nie wiem skąd wiele papierów i właściwie jakie mam wytrzasnąć UWV chce wszystko . A najbardziej mnie pieni ,że obie instytucje mają to w swoich komputerach a ja muszę przedstawiać dowody!!!!!
  Ręce mi opadają .
  Nie, nie zniechęcę się. Dopnę swego i już.
  Nie wiem gdzie jeszcze napisać ale jestem bliska do napisania na panią młodszą specjalistkę  Patrycję Kociszewską do kancelarii prezydenta, pani premier i do Jarosława Kaczyńskiego pomimo ,że wiem , że oni są wprawni w omijaniu prawa europejskiego .
   Ryba psuje się od głowy  - więc  to i tak nic nie da . Ale może krwi napsuje pani Patrycji jak i ona mnie....

  Jak zwalczę te wszystkie papiery , jak przewalczę to wszystko to dopiero wtedy  wpadnę w depresję jesienną...Na razie mnie jeszcze adrenalina trzyma. Tylko się jeszcze muszę dogadać ze swoją kopiarką...Potem się zajmę rowerami ,bateriami i ewentualnie nowym piecem do kuchni . Bo wczoraj dla poprawienia nastroju usiłowałam upiec  szarlotkę . Wyszła średnio na jeża chociaż w smaku bardzo dobra to jednak  wygląd zewnętrzny ma wiele do życzenia. No proszę  - nawet ciasto nie chce mi wyjść jak powinno..

piątek, września 15, 2017

tak sobie myślę

                    Właśnie mnie naszły takie sobie myśli na temat pomocy w rejonach objętych różnymi kataklizmami.
     Niedawno w Polsce  przeszedł huragan ,gdzie zostały zniszczone  wioski ,dwie harcerki kosztowało to życie, zostały wytłuczone lasy (jakby szkód w Puszczy Białowieskiej było mało).
    Po nawałnicy rzucili się politycy do gardeł i zaczęli uprawiać spychologię. Ten zawalił ,ta zawaliła ten nie dopełnił itd. Mój ulubieniec pan Macierewicz   stwierdził, że jego oczko w głowie  - Obrona Terytorialna czy jak to się zwie  nie jest jeszcze gotowa do tego typu zadań jak  udzielanie pomocy poszkodowanym i lasom....
 Ludzie się sami organizowali i robili co mogli aby  sobie samym pomóc...Przycierali drogę pani premier by mogła spokojnie dojechać..
 
     Niedawno przeleciała się "Irma" nad Antylami holenderskimi ,Karaiby poszkodowane, Kuba...
 teraz Floryda.
  Wracam do tych Antyli. Trzy dni po przejściu huraganu na ST. Martin był król i osobiście  sprawdzał ,co potrzeba . A potrzeba jest wszystko. Huragan zmiótł domy, sklepy, szkoły ,elektryczność ,porty dosłownie wszystko. Kanalizacja i wodociągi. -. Już od paru dni jest akcja - pomagamy  Antylom. Zbierane są pieniądze i materiały wszelkie ,budowlane . Wojsko stacjonuje i pomaga wraz z tutejszą policją . Ci policjanci z ST.Martin czy Sabe  i innych wysp też przecież zostali bez dachu nad głową. Specjalne helikoptery latają na wyspy z wodą, i innymi potrzebnymi do życia .produktami...
.
  Zaznaczam ,że dostać się na Antyle to nie jest -wsiąść w auto i przejechać kilka kilometrów z Juraty ma miejsce zdarzenia. Już nie wspomnę o tym, że po pierwszych doniesieniach w telewizji o katastrofie można było zacząć działać bez  specjalnych zaproszeń ze strony wójtów ,czy innych czynników. To zwyczajnie chyba naszym wspaniałym polytykom nie przyszło do głowy.

   Na Antylach już nie wspominając o królu są przedstawiciele rządu ,jest czerwony krzyż, jest wojsko i ciągle płynie pomoc z Holandii. Specjalny program w tv pt. pomagamy St-Martin.
 St- Martin jest podzielona na część francuska i część holenderską . Sam Macron stwierdził , że Holendrzy są lepiej zorganizowani i lepiej sobie radzą niż Francuzi...

   Jak to zupełnie inaczej wygląda w Polsce...

I tylko mały procent z tego co zgotowała "Irma" Antylom  zdarzył się w Polsce... I niech mi nikt nie mówi ,że Holandia jest bogata i sobie może pozwolić na taką akcję ,a  Polska biedna ...
   
     I jak wiem z doniesień - Owsiak ze swojej fundacji zakupił ciężki sprzęt do porządkowania powalonych lasów...
     
    czemuś biedny - boś głupi - takie przysłowie mi się przypomniało...
  Tylko na St- Martin powierzchownie obliczono szkody na miliard euro.
Nasze lasy i zzniszczone wioski  - nie wiem czy to w ógóle oszacowano? A jak to na ile.... i co w związku z tym...

środa, września 13, 2017

Jeszcze troszeczkę o mojej wyprawie

            Tym  razem zdjęć nie będzie.

  Wyleciałam z Batumi. Wracam do domu i do codziennych  problemików mniejszych lub większych.

    Jeszcze ostatnie spojrzenie przez okienko .

   Wpadłam w zachwyt. Samolot leciał dość nisko ale nad chmurami. Chmury  układały się w różne obrazki, góry lodowe aniołki,ciasteczka i co tam komu wyobraźnia podsuwała a pod chmurami - morze. Czarne ,grafitowe ,gdzie nie gdzie biała  grzywa fali.

  Ogarnęła mnie błogość. Chciało mi się tak lecieć bez końca. Tak wstrząsającego przeżycia nie miałam już dawno. Zachwyt błogość ..   i chwilo trwaj.

   Musiałam to zapisać .  Żeby sobie utrwalić ten piękny obraz i to uczucie, które mną wtedy zawładnęło.
   W zasadzie - to uczucie jakie wtedy doznałam przerasta moje możliwości opisania jak  i  żadne zdjęcie nie odda stanu ducha w jakim byłam wyglądając przez malutkie okienko samolotu...

  Choćby tylko dlatego ,że to było takie piękne i nie z tego świata uczucie warto mi było się udać w tamte strony